wtorek, 9 kwietnia 2013

Szyszkówka sosnowa

Już niedługo nadejdzie pora na zbieranie młodych sosnowych szyszek. Trzeba się dobrze starać, aby zebrać surowiec dobrej jakości. Każdego roku smak produkowanego przeze mnie syropu jest jednak trochę inny, zakładam więc, że i zasobność w cenne składniki bywa różna, zależnie od wiosny. A wiosna tegoroczna jakaś taka nijaka. Na zrywaniu szyszek spędzam zazwyczaj cały dzień. Chodzi się to tu, to tam, z głową zadartą do góry, szukając młodych drzewek i takich starszych, z opuszczonymi konarami i wypatrując żywicznych maleństw. Chociaż można przygotować szyszkówkę z każdego gatunku drzewa iglastego, to ja upodobałam sobie zwykłą sosnę.

Zawsze staram się zebrać dużo szyszek, bo przecież nie ma pewności, czy w kolejnym roku sosna obrodzi. Tradycyjnie, cuda wianki typu syrop, nalewka, sok, przygotowuję w czterolitrowych słojach z nakrętkami. Tak jest i w tym przypadku. Szyszki - koniecznie zebrane w lasach oddalonych od dużych miejskich ośrodków - po szybkim opłukaniu na sicie, obsuszeniu i przekrojeniu na połówki (nieco większe na ćwiartki) wsypuję do słoi, do wysokości 4/5 pojemności naczynia i zasypuję  mniej więcej kilogramem cukru. Po kilku dniach szyszki puszczą aromatyczny sok, który wraz z rozpuszczonym cukrem stworzy fantastyczny syrop. Nie zapominam, aby co kilka dni wstrząsnąć słojem i odkręcić na chwilę nakrętkę.

Z każdego słoja (po około dwóch tygodniach) odlewam po mniej więcej pół litra syropu - w różnych latach, różna to ilość, bo i "soczystość" szyszki trudno przewidzieć. Nie oczyszczam go jakoś specjalnie. Jest słodki, lekko cierpki w smaku i  żywiczny. Doskonale leczy kaszel, łagodzi stany przeziębieniowe i wzmacnia. W celach wspomagających działanie witaminy C piję ów syropek 3 razy dziennie po jednej łyżce stołowej. Oczywiście syrop przechowuję w lodówce.

Ale to jeszcze nie koniec. Po zlaniu syropu do małych butelek, pozostawione w słoju szyszki wraz z resztą syropu zalewam alkoholem, najczęściej wódką, czasem - dla zwiększenia mocy - zmieszaną ze spirytusem. I cierpliwie czekam kilka tygodni, choć nie ukrywam, że czasem o nastawie zapominam na kilka miesięcy :) Przy dwóch słojach szyszek w syropie można otrzymać około 3-3,5 litrów doskonałej nalewki, której już nie doprawiam. Jeżeli smak otrzymuję mało sosnowy, czy mało słodki, do zlanej już nalewki dolewam trochę syropu szyszkowego przechowywanego w lodówce. Następnie całość po kilkukrotnym przefiltrowaniu rozlewam do butelek i... zapominam o nich na rok. Ach, przez kilka miesięcy z nalewu będzie wytrącać się tłusty, żywiczny osad, taki trochę brudzący naczynia, niezależnie od tego, czy nalew filtrowaliśmy czy nie. Dla mnie to dodatkowy walor produktu :)

Nalewka im starsza, tym większej nabiera mocy i smaku. Później rozdaję ją krewnym i znajomym jako prezenty :) I chyba nie muszę reklamować zalet leczniczo-rozgrzewająco-smakowych tego alkoholowego wynalazku: delikatnie cierpki, żywiczny, pachnący lasem. Polecam go i do herbatki, i do kawy.


Fot. Ciotka Chichotka

piątek, 5 kwietnia 2013

Prażoki


Pocztówka z albumu Ciotki Chichotki.
Wydawnictwo K. Wojutyńskiego w Warszawie, początek XX w.
Danie to o pochodzeniu wiejskim i znane na ziemi rawskiej, łódzkiej, sieradzkiej i łęczyckiej, ale i w innych regionach, np. na Mazowszu, Podlasiu i Kurpiach. W sumie dość popularne, ale niekoniecznie lubiane, bo nieco kleiste w jedzeniu :) Ja o prażokach usłyszałam jakieś trzydzieści lat temu, kiedy po raz pierwszy podano mi je jako dane tradycyjne. Zaserwowano mi je wraz z opowieściami, jak się je jadało dawniej w podsieradzkiej wsi. A jadało się prażoki ze stopioną słoniną, ze skwarkami, z młodą kapustą ugotowaną na słodko, z masłem i cukrem, odsmażane na smalcu lub słoninie, okraszone olejem, całkiem nie okraszone i z chudym barszczem na popitkę. Mnie smakują bardzo, w każdej wersji.

Prażoki

1 kg ziemniaków
ok. szklanki mąki pszennej lub żytniej
sól

Ziemniaki gotować w lekko osolonej wodzie. Kiedy będą półmiękkie wsypać do nich mąkę i jeszcze chwilę gotować, żeby ziemniaki dogotować do miękkości wraz z mąką. Nadmiar wody lepiej odlać, bo ziemniaki z mąką powinny po utłuczeniu stanowić zwartą, elastyczną masę. Podawać ze skwarkami i młodą kapustą, lub polane stopionym masłem i posypane cukrem, wykładać na półmisek lub talerze łyżką maczaną w wodzie porcjowane na kluski, czyli prażoki (lub pecyny).

Znam też inną wersję przepisu na przygotowanie prażoków: mąkę wsypujemy do już ugotowanych i odcedzonych ziemniaków i wtedy tłuczemy je na piure. Mąki użyjemy wtedy mniej, na kilogram ziemniaków będziemy jej potrzebować jakieś 2-3 czubate łyżki stołowe. Należy jednak pamiętać, że ta wersja jest ciężkostrawna, mąkę powinno się jednak zagotować.

Smacznego!

Pocztówka z albumu Ciotki Chichotki.
Wydawnictwo K. Wojutyńskiego w Warszawie, początek XX w.