Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zioła i ziółka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zioła i ziółka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 2 czerwca 2020
Zupa ziołowa
Co zrobić, kiedy nie ma się ochoty biegać po zakupy a jeść trzeba? Wystarczy wyjść na spacer! Najlepiej gdzieś, gdzie nie jeżdżą auta, nie ma fabryk, gdzie ziemia nasycona jest wilgocią a zieleń umyta deszczem jest apetycznie jędrna. Z takich spacerów zawsze wracam z dobytkiem - a to kwiat, a to liść, a to korzonki ;) Później trzeba szybko zbiór zagospodarować, żeby się nie zmarnował a dobrze smakował. I tak właśnie dziś się stało. Zamiast do sklepu poszłam na spacer i wróciłam z niego z torbą pełną różnych zdrowych roślinek.
A ponieważ na zwierza nie polowałam, po powrocie ugotowałam sobie zupę bezmięsną, prostą i tańszą od barszczu. I smaczną!
Zupa ziołowa
po garści: podagrycznika, pokrzywy, lebiody, chmielu
1 l wody
4 ząbki czosnku
2 młode ziemniaki średniej wielkości
1/2 szklanki mleka
2 łyżki masła
sól i pieprz
Zioła przebrać i opłukać, pokrzywę sparzyć, lebiodę chwilę obgotować i odcedzić. Na 1 łyżce masła poddusić wraz z czosnkiem posiekaną pokrzywę. Resztę ziół posiekać, dodać do pokrzywy i zalać wodą. Obrać i pokroić w kostkę ziemniaki. Dodać je do gotujących się ziół, posolić i gotować do miękkości. Gdy będą miękkie dodać mielony pieprz, wlać mleko i jeszcze chwilę gotować. I już! Przed podaniem na stół dodać łyżkę masła i poczekać aż się rozpuści w zupie.
Jakie to proste, prawda? Smacznego :)
piątek, 8 maja 2020
Pasta jajeczno-pieczarkowa do chleba
W każdej lodówce powinno znaleźć się miejsce na tzw. awaryjny słoiczek z czymś na śniadanie, bo rankiem brakuje często czasu na przygotowanie i zjedzenie czegoś smacznego. W mojej lodówce jest sporo takich awaryjnych słoików z pastą, pasztetem, marynatą, kiszonką, żeby móc szybko zaspokoić głód, kiedy przez różne obowiązki zapominam o zakupach albo po prostu brak mi czasu.
Jedną z moich ulubionych past do pieczywa jest pasta z jajek ugotowanych na twardo i smażonych pieczarek. Przygotowuję ją z dodatkiem majonezu. Może i jest trochę kaloryczna, ale mnie to w zupełności nie przeszkadza. Niżej zamieszczam na nią przepis, który oczywiście można modyfikować zgodnie z własnymi upodobaniami. Proponuję eksperymentować z ziołami. Zamiast szczypiorku można dodać rzeżuchę, czosnaczek, kilka gałązek kurdybanka. Kurdybanek zalecałabym po posiekany przesmażyć razem z pieczarkami.
Pasta do chleba
4 jajka
30 dag pieczarek
2 ząbki czosnku
1 łyżka tłuszczu do smażenia
3 łyżki majonezu
2 łyżki posiekanego szczypiorku
opcjonalnie: 2 łyżki siekanej rzeżuchy lub czosnaczka
sól, pieprz
Jajka ugotować na twardo, obrać ze skorupek i bardzo drobno posiekać. Pieczarki posiekać, czosnek obrać i zmiażdżyć - razem usmażyć. Jajka połączyć z z pieczarkami i czosnkiem, doprawić solą i pieprzem, dodać szczypiorek i majonez - wymieszać. Pastę można przechowywać kilka dni w lodówce. Przed dodaniem szczypiorku lub (i) rzeżuchy można jajka wraz z pieczarkami i majonezem zmiksować na gładko.
Myślę, że warto mieć w lodówce słoiczek z taką pastą, bo w suma "robi" nam szybkie śniadanie. Dodatki - świeże, kiszone czy marynaty, rodzaj pieczywa, podnoszą wartość takiego szybkiego śniadanka i zmieniają mu smak. Dla każdego coś dobrego.
Smacznego :)
Jedną z moich ulubionych past do pieczywa jest pasta z jajek ugotowanych na twardo i smażonych pieczarek. Przygotowuję ją z dodatkiem majonezu. Może i jest trochę kaloryczna, ale mnie to w zupełności nie przeszkadza. Niżej zamieszczam na nią przepis, który oczywiście można modyfikować zgodnie z własnymi upodobaniami. Proponuję eksperymentować z ziołami. Zamiast szczypiorku można dodać rzeżuchę, czosnaczek, kilka gałązek kurdybanka. Kurdybanek zalecałabym po posiekany przesmażyć razem z pieczarkami.
Pasta do chleba
4 jajka
30 dag pieczarek
2 ząbki czosnku
1 łyżka tłuszczu do smażenia
3 łyżki majonezu
2 łyżki posiekanego szczypiorku
opcjonalnie: 2 łyżki siekanej rzeżuchy lub czosnaczka
sól, pieprz
Jajka ugotować na twardo, obrać ze skorupek i bardzo drobno posiekać. Pieczarki posiekać, czosnek obrać i zmiażdżyć - razem usmażyć. Jajka połączyć z z pieczarkami i czosnkiem, doprawić solą i pieprzem, dodać szczypiorek i majonez - wymieszać. Pastę można przechowywać kilka dni w lodówce. Przed dodaniem szczypiorku lub (i) rzeżuchy można jajka wraz z pieczarkami i majonezem zmiksować na gładko.
Myślę, że warto mieć w lodówce słoiczek z taką pastą, bo w suma "robi" nam szybkie śniadanie. Dodatki - świeże, kiszone czy marynaty, rodzaj pieczywa, podnoszą wartość takiego szybkiego śniadanka i zmieniają mu smak. Dla każdego coś dobrego.
Smacznego :)
wtorek, 5 maja 2020
Polskie zioła w "chińskich" daniach
Kuchnia azjatycka nieodmiennie mnie inspiruje. I chociaż często mówię sobie dość, wracam do swoich wsiowych rewolucji kuchennych, to i tak po jakimś czasie zatęsknię za smakiem bardziej egzotycznym. Zastosowanie polskich ziół w tych moich eksperymentalnych daniach wzięło się stąd, że: w kuchni azjatyckiej używa się się dużo warzyw i zieleniny, dostęp do typowych azjatyckich warzyw, owoców i ziół w stanie świeżym jest na naszym rynku mocno ograniczony ze względu na cenę i brak potencjalnych klientów a co za tym idzie - sensownego importu. Choć już i tak zaopatrzenie jest lepsze niż dawniej, to cały czas odczuwam istotne braki. Musiałam zatem wymyślić swój sposób na "chińszczyznę" i zaczęłam testować nasze krajowe chwasty. Na chwilę obecną na stałe używam chmiel, podagrycznik, babkę lancetowatą i pokrzywę.
Np. młode pędy chmielu świetnie sprawdzą się w daniach z woka. Na zdjęciu poniżej mamy paski wieprzowiny marynowanej w sosie sojowym i paście czosnkowej, które zostały usmażone na oleju wraz z warzywami, uszakami i chmielem. Pędów nie kroję, zjada się je z przyjemnością takie długie, niczym chiński makaron ;) Potrawę można podać z dodatkiem ryżu.
Podobnie jak chmiel z woka można przygotować podagrycznik i liście babki lancetowatej. Zioła powinny być młodziutkie, wiosenne, ponieważ ich obróbka termiczna może być wtedy krótsza - a o to też chodzi. Starsze liście podagrycznika i babki są twardsze i wymagają duszenia - także te odrastające już latem po skoszeniu roślin trzeba dusić i w jedzeniu sprawiają mniejszą frajdę, ale nadają się do zup.
Bardzo smaczny jest np. makaron smażony z różnymi ziołami (świetnie, kiedy po obróbce termicznej różnią się wyglądem i kolorem) i boczkiem podprawiony sosem sojowym i łyżką oleju sezamowego. Oczywiście, z boczku można zrezygnować. Równie pyszna jest zupa rybna z dodatkiem uszaka i podagrycznika (dodajemy nie pokrojone liście wraz z łodyżkami). Smak zupy uatrakcyjnia dodatek pasty Tom Kha.
Pokrzywa natomiast sprawdzi się w pierożkach smażonych na głębokim oleju. Pokrzywę należy udusić na maśle wraz z czosnkiem i dodać do mielonego, ugotowanego wcześniej w rosole mięsa. Pierożki zjada się z pikantnym sosem brunatnym, podanym w oddzielnym naczyniu. Sos zaś przygotowuje się na bazie sosu sojowego. Tym pierożkom poświęcę oddzielny post.
Te całkiem proste w przygotowaniu potrawy właściwie nigdy mi się nie nudzą, bo bardzo łatwo zmienić im smak np. dobierając inne warzywa, najlepiej sezonowe, zmieniając sos, rodzaj tłuszczu użytego do smażenia czy rodzaj mięsa. Zamiast mięsa można zresztą dodać ugotowane na twardo jajko lub w ogóle zrezygnować z tego rodzaju dodatku na rzecz chociażby tofu. Zaletą niewątpliwą dla mnie jest to, że są to potrawy, które przygotowane z niewielkiej ilości dostępnych produktów i przy zastosowaniu kilku składników mogą nakarmić całą rodzinę. No i to świetny sposób na zagospodarowanie niewielkich ilości posiadanych okrawków mięsa, warzywa, owocu, naci.
Warto jednak zaopatrzyć się w kilka egzotycznych produktów jak ulubiona pasta przyprawowa, np. wspomniana tu Tom Kha albo miso, sos sojowy, przyprawy ziołowe charakterystyczne dla dań azjatyckich, mleko kokosowe, itd. Zresztą, wiele z przypraw i dodatków możemy wykonać samodzielnie z polskich produktów. A wielu z nich używamy na co dzień, nie myśląc nawet o tym, że w Azji również się ich używa. I to wystarczy, żeby wyczarować z tego, co znajdujemy na łące czy w ogródku coś ciekawego. Zatem włączmy kreatywność :)
Smacznego!
środa, 19 lutego 2020
Wiosna w lutym
Niby dopiero luty a jedzenie już rośnie ;) Pora zrobić przegląd ziołowej spiżarni i już teraz zadbać o papierowe torby i szklane opakowania - przydadzą się już niedługo! O ile nie wróci zima.
niedziela, 9 czerwca 2019
Tarta marchewkowo-lebiodowa
Lebioda, lebioda, życia na ciebie nie szkoda ;) Warto poświęcić trochę czasu, i na zbiór, i na przygotowanie czegoś pysznego. Dziś upiekłam tartę z lebioda i marchewką - nie kosztowała mnie ona ani dużo pracy, ani jakiegoś nadmiernego wysiłku. Danie bardzo smakowite, prawdziwie letnie i aż żałuję, że akurat dzisiaj nie mam z kim się nim podzielić. Wsiowy Pies odchudza się i generalnie nie jada, kiedy temperatura za oknem sięga 30 stopni. Ale nie szkodzi. Tarta świetnie przechowa się w lodówce, tym bardziej, ze doskonale smakuje także na zimno.
Tarta marchewkowo-lebiodowa
Ciasto:
50 dkg mąki pszennej bułkowej
15 dkg smalcu (lub innego tłuszczu)
1 dkg drożdży
2 szczypty sody,
pół łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru
Nadzienie:
2 garście młodej lebiody
1 młoda marchewka
10 dkg ostrego żółtego sera
Masa jajeczna:
3 jajka
30 dkg śmietany 18%
pół łyżeczki mielonego imbiru
1 ząbek czosnku
sól, pieprz
Słoik marynowanych pomidorków koktajlowych
Z podanych składników przygotować ciasto. rozwałkować i wykleić nim tortownicę lub formę do tart. Nakłuć widelcem i natychmiast wstawić do piekarnika. Piec około 20-25 minut w temperaturze 180 stopni. W tym czasie umytą lebiodę obgotować, odlać wodę i po wystudzeniu drobno posiekać. Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych otworach a ser na grubych i dodać je do lebiody.
Jajka rozbełtać ze śmietaną, dodać przyprawy i roztarty czosnek. Do masy przełożyć lebiodę, marchew i ser. Wymieszać. Kiedy ciasto będzie zrumienione i nieco urośnie, wylać na nie masę z lebiodą, ozdobić marynowanymi pomidorkami i dalej piec około 30 minut. Masa musi się ściąć i zrumienić.
Danie jest lekkie, bardzo smaczne - w sam raz na upał. Doskonałe na gorąco i zimno. Tartę podajemy jako lekki obiad lub kolację w towarzystwie sałaty i wody truskawkowej. Gdyby ktoś nie bardzo wiedział: wodę owocową robimy wrzucając zamrożone owoce do dzbanka ze świeżą wodą mineralną a jak ktoś akurat nie ma, może być taka z czajnika, przegotowana i wystudzona.
Smacznego!
czwartek, 6 czerwca 2019
Zupa - krem z lebiody
Przygody z lebiodą ciąg dalszy! Cierpliwie wyszukuję młode egzemplarze tej rośliny, ale łatwo nie jest. Lebioda już jest zbyt wyrośnięta, żeby ot tak po prostu ściąć rośliny bez ryzykowania... np. biegunki. Powoli nastawiam się zatem na zebranie nasion, ale korzystając z okazji i możliwości przygotowałam sobie wczoraj świetny krem. Zbierałam wyłącznie młode roślinki, które niestety już trudno znaleźć.
Krem z lebiody "Delicja"
1 litr bulionu
5 garści MŁODEJ lebiody
1 łyżka siekanej mięty
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki mielonej trawy cytrynowej
2-3 łyżeczki mąki kukurydzianej
4 łyżki migdałów krojonych w płatki
pieprz, sól
Lebiodę umyć i obgotować kilka minut. Wodę po gotowaniu wylać. Lebiodę posiekać, zalać bulionem i gotować ok. 15 minut. Dodać przyprawy i miętę . Gotować jeszcze 5 minut i zmiksować. Rozprowadzić mąkę kukurydzianą z zimną wodą i zaklepać nią krem. Po ponownym zagotowaniu zestawić z ognia. W międzyczasie na suchej patelni uprażyć płatki migdałowe. Krem rozlewamy do miseczek, obsypujemy migdałami i ozdabiamy listkiem mięty. Podajemy z przaśnym, razowym pieczywem w postaci placków pieczonych na patelni.
Ilość składników przewidziana jest na 4 niewielkie porcje, będące wstępem do dalszej biesiady ;) Jeżeli ma to być danie główne, głód zaspokoją dwie osoby a nawet trzy, o ile zwiększymy ilość podanego im pieczywa. Krem jest bardzo smaczny, średnio sycący i panów zapewne trzeba będzie dokarmić ;)
Smacznego!
wtorek, 4 czerwca 2019
Chłopska zupa z lebiody
Na lebiodę - czyli komosę białą - jeszcze nie jest za późno, ale żałuję, że nie napotkałam jej wcześniej - jest bardzo smaczna. Choć wielu osobom może kojarzyć się z biedą, to sądzę, że warto się do niej przekonać ze względu na dużą zawartość białka, węglowodanów oraz prowitaminy A i witaminy C. Smakiem przypomina szpinak, ale jest od niego delikatniejsza.
Ponieważ komosa jest także rośliną leczniczą a ze względu na zawartość saponin, alkaloidów, kwasów oleanolowego i szczawiowego może zaszkodzić - dlatego do spożycia nadają się WYŁĄCZNIE MŁODE LIŚCIE i NASIONA. Kiedy u roślin wybijają pędy z pąkami kwiatowymi nie zbieramy ich już w celach kulinarnych. Roślina była kiedyś uprawiana jako warzywo, dziś uważana jest za uciążliwy chwast i możemy ją znaleźć na polach uprawnych, gdzie nie ma oprysków chemicznych chwastobójczych, na przydrożach, nieużytkach itd.
Przygotowując dania z lebiody należy pamiętać, aby ZAWSZE je wcześniej obgotować kilka minut. Pozbywamy się w ten sposób saponin. Wodę, w której gotowała się lebioda WYLEWAMY. W ten sposób przygotowane warzywo poddajemy zasadniczej obróbce kulinarnej. Pamiętajcie, że komosy białej NIGDY NIE JEMY NA SUROWO!
Zupa chłopska z lebiody
5 garści młodej lebiody
1,5 l rosołu lub wywaru z warzyw
3 młode ziemniaki,
3 łyżki kaszy jaglanej
2 łyżki posiekanego koperku
1 łyżka masła
lub
1 łyżka skwarków z boczku
sól, pieprz
Lebiodę wcześniej gotować kilka minut i odcedzić. Powstały wywar wylać a lebiodę drobno posiekać. Przełożyć do garnka i dogotować w 0,5 litra rosołu. Po ugotowaniu zmiksować na gładko. W pozostałym litrze rosołu ugotować ziemniaki z kaszą. Gdy zmiękną dodać do nich lebiodę. Chwilę jeszcze pogotować. W razie potrzeby doprawić solą i pieprzem, Na koniec dodać łyżkę masła (lub skwarków wytopionych z boczku) i koperek.
Zupę podajemy z pieczywem razowym.
Smacznego!
środa, 29 maja 2019
Gęsta zupa pokrzywowa z lanym ciastem
Dziś proponuję gęstą zupę pokrzywową, sycącą i energetyzującą. Z powodzeniem zastąpi kolejną filiżankę kawy i przywróci siły. Pokrzywa jest zielem pospolitym, rośnie niemal wszędzie. Uważam, że warto poświęcić jej grządkę we własnym ogródku, albo nawet donicę na balkonie. Dobrze rośnie, dobrze smakuje i jest bardzo zdrowa. Jedzona systematycznie poprawia wyniki krwi.
Na dwie porcje potrzebujemy około 1 litra dobrego wywaru mięsno-warzywnego lub rosołu i 20-25 dkg pokrzywy ściętej jeszcze przed kwitnieniem - ja ścinam szczyty roślin o długości ok. 20 cm.
Zupa pokrzywowa z lanym ciastem
1 litr rosołu
20 dkg młodej pokrzywy
1 łyżka masła
sól, pieprz
lane ciasto: 2 kurze jajka, 2 łyżki wody, 5-6 płaskich łyżek mąki, szczypta soli
Pokrzywę umyć, sparzyć, posiekać, dusić na maśle w rondelku do miękkości. Dolać rosół, pogotować chwilę i zmiksować na gładko. w razie potrzeby przyprawić solą i pieprzem. Z jajek, wody i mąki ukręcić łyżką gładkie, lejące się ciasto. Dodać szczyptę soli. Ciasto powinno być gęściejsze niż na naleśniki, z połyskiem. Wlewać je cienkim strumieniem do wrzącej zupy, delikatnie mieszając ją łyżką, tak aby z ciasta powstawały kluseczki albo grubsze "kłaczki" ;) i gotujemy je jeszcze chwilę.
Zupy nie zabielamy, nie ma też potrzeby dodawać do niej jeszcze cokolwiek innego. Podajemy na talerzach i zjadamy ze smakiem. Przy okazji nadmienię, że jeżeli chcemy się taką zupą cieszyć nie tylko wiosną, warto sobie przygotować mrożonki. ja zamrażam pokrzywę przelaną wrzątkiem i posiekaną. Na poletku zaś systematycznie pokrzywę przycinamy, aby nie dopuścić do jej zakwitnięcia - pokrzywa będzie uporczywie odrastać i dawać sporo miłych smaków aż do jesieni
Smacznego!
środa, 18 lipca 2018
Ziołowa mieszanka przyprawowa
Wędrując ugorami nie mijajmy obojętnie dzikich ziół i tych, które zostały "wymeldowane" z dotychczasowego miejsca pobyty przez właścicieli ogrodów. Znajdując i zbierając po kilka gałązek różnych ziółek można skomponować całkiem niebanalną i bardzo smakowitą przyprawę do pieczonych i smażonych warzyw oraz mięsa. Polecam :)
Przyprawa ziołowa do mięs i warzyw grillowanych
10 dkg soli, 1 łyżka czarnego pieprzu, po 2 łyżki suszonej,
pokruszonej pokrzywy, suszonego
bluszczyku kurdybanka, majeranku, cząbru, tymianku i szczypiorku, 4 wysuszone kwiatostany
chrzanu.
Sól mielimy wraz z wysuszonymi ziołami i przechowujemy w
szczelnym pojemniku. Używamy jako
posypkę do smażenia mięsa i grillowania warzyw.
Smacznego!
czwartek, 18 maja 2017
Syrop ze ślazu piżmowego
Chciałabym zwrócić dziś Waszą uwagę na pewną roślinę, która świetnie sprawdzi się w kuchni jako słodki dodatek do deserów. Chodzi mianowicie o ślaz piżmowy a konkretnie o jakie kwiaty. Oczywiście trochę za wcześnie jeszcze na kwitnienie tego ziółka, ale warto już teraz rozejrzeć się za jego stanowiskiem. Kwiaty ślazu działają lekko wykrztuśnie, łagodząco na ból gardła, ale przy normalnym użytkowaniu w kuchni przed wszystkim będzie pięknie pachnieć i smakować. Oczywiście ich lecznicze oddziaływanie jest słabsze w porównaniu z korzeniem. Przypomnę też, że korzeń ślazu lekarskiego ma zastosowanie także w cukiernictwie i poza syropem, można z nich robić popularne niegdyś cukierki... ślazowe :)
Do przygotowania syropu posłużą nam kwiaty wyłącznie świeżo rozwinięte. Nie zrywamy pąków ani tych kwiatów już zaczynających przekwitać. Wkładamy je do słoika i zalewamy wrzątkiem, Zakręcamy słoik na gorąco i dostawiamy na dobę. Po tym czasie odcedzamy do rondelka. Kwiaty lekko wyciskamy. Wsypujemy cukier (1 litr wody, ok. 1 kg cukru), dodajemy sok z 1 cytryny lub nawet dwóch (zależnie jak bardzo jest soczysta, można wsypać dwie łyżki kwasku cytrynowego) i zagotowujemy. Po kilku minutach zlewamy syrop do butelek i zakręcamy. Moje butelki mają zakrętki typu twest i nie wiem, jak dobrze da się taki syrop przechować w zwykłych butelkach.
Trzeba pamiętać, aby kwiatów w słoiku, do którego nalewamy wrzątek, było po prostu dużo, wtedy syrop będzie smaczniejszy a jego aromat - silniejszy. Ja staram się zawsze nieco je ugnieść. Do jakich deserów można taki syrop wykorzystać? Do polewania lodów, budyniów śmietanowych, naleśników i do nasączania ciasta tortowego. Można też na jego bazie przyrządzić smaczny napój. Syrop ma ładny różowy kolor, z czasem oczywiście nieco się zmieni, ale niewiele, zapach zaś jest niesamowity.
Przypominam, że w podobny sposób można przygotować syropy z innych kwiatów, np. czarnego bzu, lilaka, róży, mirabelki, fiołków, itp. Niewiele trzeba włożyć w to wysiłku i pieniędzy a przyjemności jest wiele. No i ten podziw i zaskoczenie w oczach gości - bezcenne :) Bardzo polecam :)
poniedziałek, 1 maja 2017
Skrzyp pod beszamelem
Dzisiejszy dzień zdecydowanie zachęcił mnie i Wsiowego Psa do dłuższego spaceru. Można było odnieść wrażenie, że przyroda obudziła się w tym roku po raz drugi. Bardzo przyjemnie wędrowaliśmy prosto przed siebie. To znaczy Wsiowy Pies wędrował skosami.
Udało mi się nawet zebrać pędy zadnionośne skrzypu polnego, choć wydawało mi się, że już się na nie spóźniłam. W zeszłym roku zaplanowałam sobie kilka eksperymentów z nimi i powoli traciłam nadzieję, czy w tym roku w ogóle uda się te pomysły zrealizować. Tymczasem natknęłam się na całkiem świeży skrzyp:
Ponieważ to miał być eksperyment kulinarny - nigdy wcześniej nie jadłam skrzypu - zebrałam "jednoosobową" porcję pędów. Z zasady nie zbieram dużych ilości ziół czy grzybów, które są dla mnie jakąś nowością. Skąd mam bowiem wiedzieć, że będą mi smakować lub będę potrafiła je wykorzystać i dobrze zmagazynować, utrwalić? Lepiej niech sobie rosną niż miałyby trafić do puszki z bio.
Zatem dwie garście pędów dobrze opłukałam, odcięłam dolne części - te, które są nieco łykowate - i ugotowałam w osolonej wodzie. Gotowanie pędów zajęło mi około 15-18 minut. Przelałam je na sito, aby odsączyć z wody. W tym czasie przygotowałam sos beszamelowy. Łyżkę masła rozpuściłam w małym rondelku, dosypałam łyżkę mąki i mieszałam (na małym ogniu), aby masło z mąką się połączyły (jak do zasmażki). Dolałam 3/4 szklanki mleka, posoliłam, dodałam pieprzu i mieszając zagotowałam. Gotowałam sos około 2-3 minut, stale mieszając oczywiście i pilnując, zeby nie było w nim grudek.
I teraz mamy dwa sposoby podania skrzypu pod beszamelem.
1. Skrzyp przełożyć do żaroodpornego naczynia, polać beszamelem, posypać otartym serem z przerostem pleśni i zapiekać 10-15 minut pod przykryciem (wersja dla ciut bardziej cierpliwych).
2. Gorący skrzyp wyłożyć na talerz, polać gorącym sosem, posypać siekanym szczypiorkiem i natychmiast podawać (wersja dla niecierpliwych albo bardzo głodnych, czyli dla mnie).
Eksperyment uważam za bardzo udany. Skrzyp okazał się bardzo smacznym ziółkiem (a może warzywem?) i na pewno w miarę możliwości jeszcze poeksperymentuję.
Przystawka idealna :) Smacznego!
Udało mi się nawet zebrać pędy zadnionośne skrzypu polnego, choć wydawało mi się, że już się na nie spóźniłam. W zeszłym roku zaplanowałam sobie kilka eksperymentów z nimi i powoli traciłam nadzieję, czy w tym roku w ogóle uda się te pomysły zrealizować. Tymczasem natknęłam się na całkiem świeży skrzyp:
Ponieważ to miał być eksperyment kulinarny - nigdy wcześniej nie jadłam skrzypu - zebrałam "jednoosobową" porcję pędów. Z zasady nie zbieram dużych ilości ziół czy grzybów, które są dla mnie jakąś nowością. Skąd mam bowiem wiedzieć, że będą mi smakować lub będę potrafiła je wykorzystać i dobrze zmagazynować, utrwalić? Lepiej niech sobie rosną niż miałyby trafić do puszki z bio.
Zatem dwie garście pędów dobrze opłukałam, odcięłam dolne części - te, które są nieco łykowate - i ugotowałam w osolonej wodzie. Gotowanie pędów zajęło mi około 15-18 minut. Przelałam je na sito, aby odsączyć z wody. W tym czasie przygotowałam sos beszamelowy. Łyżkę masła rozpuściłam w małym rondelku, dosypałam łyżkę mąki i mieszałam (na małym ogniu), aby masło z mąką się połączyły (jak do zasmażki). Dolałam 3/4 szklanki mleka, posoliłam, dodałam pieprzu i mieszając zagotowałam. Gotowałam sos około 2-3 minut, stale mieszając oczywiście i pilnując, zeby nie było w nim grudek.
I teraz mamy dwa sposoby podania skrzypu pod beszamelem.
1. Skrzyp przełożyć do żaroodpornego naczynia, polać beszamelem, posypać otartym serem z przerostem pleśni i zapiekać 10-15 minut pod przykryciem (wersja dla ciut bardziej cierpliwych).
2. Gorący skrzyp wyłożyć na talerz, polać gorącym sosem, posypać siekanym szczypiorkiem i natychmiast podawać (wersja dla niecierpliwych albo bardzo głodnych, czyli dla mnie).
Eksperyment uważam za bardzo udany. Skrzyp okazał się bardzo smacznym ziółkiem (a może warzywem?) i na pewno w miarę możliwości jeszcze poeksperymentuję.
Przystawka idealna :) Smacznego!
piątek, 28 kwietnia 2017
Jarzynka z młodych pędów chmielu
Kolejny tegoroczny eksperyment. Tegoroczny, bo dopiero w tym roku wypatrzyłam dziki chmiel w czystym miejscu i nawet było go sporo. Postanowiłam zapoznać się z jego smakiem a to oznacza, że eksperyment był bez fajerwerków i udziwnień, ale i tak był wyjątkowo pyszny. Zbierałam jedynie szczytowe odcinki pędów i to takie długości zaledwie do 15-20 cm.
Chmiel ugotowałam jako jarzynkę w osolonej wodzie i polałam bułką smażoną na maśle. Smak - rewelacyjny! I pasujący do drobiu oraz jajeczka. Ja z przyjemnością zjadłam ogromną porcję, ot tak po prostu, jako samodzielne danie. Przed gotowaniem nie odrywałam liści z pędów - one też bardzo mi smakowały. Samo gotowanie trwało kilka minut.
Wypatrujcie zatem chmiel, naprawdę warto :)
Chmiel ugotowałam jako jarzynkę w osolonej wodzie i polałam bułką smażoną na maśle. Smak - rewelacyjny! I pasujący do drobiu oraz jajeczka. Ja z przyjemnością zjadłam ogromną porcję, ot tak po prostu, jako samodzielne danie. Przed gotowaniem nie odrywałam liści z pędów - one też bardzo mi smakowały. Samo gotowanie trwało kilka minut.
Wypatrujcie zatem chmiel, naprawdę warto :)
wtorek, 28 marca 2017
Zupa porowa z podagrycznikiem
We Wsiowej Kuchni zapanowało czyste szaleństwo! Bo - co tu dużo opowiadać - trzeba korzystać z okazji i jeść zielone, jeżeli tylko istnieje możliwość znalezienia czystego zielska. Tym razem przygotowałam bardzo smaczną zupę z podagrycznikiem. Posłużył on tutaj jako obfita, świeża posypka. Posiekany wydziela aromat taki trochę marchewkowo-pietruszkowy. I na pewno też wzbogaca danie o wartości odżywcze. Kto by pomyślał, ze chwast może być taki mało chwastny a kulinarnie bardzo użyteczny?
A zatem przepis:
Zupa porowa z podagrycznikiem
25 dag kości
25 dag włoszczyzny
1/2 cebuli
2 duże pory
4 ziemniaki
szklanka mleka
sól
pieprz
ćwierć łyżeczki cukru
łyżka mąki pszennej
łyżka masła
2 garście młodego podagrycznika
Z kości, włoszczyzny, litra wody oraz przypalonej cebuli ugotować wywar z dodatkiem soli. Do przecedzonego wywaru dolać ok. pół litra wody, dodać pokrajane w paski białe części pora, pokrojone w kostkę ziemniaki, dosolić do smaku, dodać pieprzu, cukru i gotować około 20 minut. Zetrzeć marchewkę i korzeń pietruszki z wywaru i dodać do zupy. Mąkę rozmieszać w szklance mleka, dodać do zupy i zagotować. Zestawić z palnika, wsypać posiekany drobno podagrycznik, dodać masło i wymieszać. Po 10 minutach danie można podawać na stół.
Smacznego :)
A zatem przepis:
Zupa porowa z podagrycznikiem
25 dag kości
25 dag włoszczyzny
1/2 cebuli
2 duże pory
4 ziemniaki
szklanka mleka
sól
pieprz
ćwierć łyżeczki cukru
łyżka mąki pszennej
łyżka masła
2 garście młodego podagrycznika
Z kości, włoszczyzny, litra wody oraz przypalonej cebuli ugotować wywar z dodatkiem soli. Do przecedzonego wywaru dolać ok. pół litra wody, dodać pokrajane w paski białe części pora, pokrojone w kostkę ziemniaki, dosolić do smaku, dodać pieprzu, cukru i gotować około 20 minut. Zetrzeć marchewkę i korzeń pietruszki z wywaru i dodać do zupy. Mąkę rozmieszać w szklance mleka, dodać do zupy i zagotować. Zestawić z palnika, wsypać posiekany drobno podagrycznik, dodać masło i wymieszać. Po 10 minutach danie można podawać na stół.
Smacznego :)
poniedziałek, 27 marca 2017
Zamiast mizerii - ziarnopłon w jogurcie
Dziś było wyjątkowo ciepło. Spacer zamienił się w prawdziwą wyprawę i choć człowiek głodny, to tak za bardzo nie chce mu się stać przy kuchni. Mimo wszystko z takich wypraw można wrócić naprawdę zmęczoną ;) No dobrze, ale co tu zrobić, żeby się najeść a nie narobić? Może jogurt ziołowy? No cóż, trzeba zagospodarować to, co akurat jest pod ręką:
Ziarnopłon z jogurcie
2 szklanki ziarnopłonu (listki zrywane z roślinek PRZED KWITNIENIEM!)
1 łyżka siekanej rzeżuchy
1 jabłko (np. jonagold)
0,5 litra jogurtu typu greckiego
sól pokrzywowa, pieprz kolorowy
Opłukany i osuszony ziarnopłon grubo siekamy i przekładamy do salaterki. Dodajemy posiekaną rzeżuchę, obrane i pokrojone w drobną kostkę jabłko. Składniki mieszamy z jogurtem podprawionym solą pokrzywową i kolorowym pieprzem.
Tak przygotowany jogurt świetnie zastąpi tradycyjną zupę lub np. mizerię podawaną do ziemniaków czy mięsa. Smacznego!
Ziarnopłon z jogurcie
2 szklanki ziarnopłonu (listki zrywane z roślinek PRZED KWITNIENIEM!)
1 łyżka siekanej rzeżuchy
1 jabłko (np. jonagold)
0,5 litra jogurtu typu greckiego
sól pokrzywowa, pieprz kolorowy
Opłukany i osuszony ziarnopłon grubo siekamy i przekładamy do salaterki. Dodajemy posiekaną rzeżuchę, obrane i pokrojone w drobną kostkę jabłko. Składniki mieszamy z jogurtem podprawionym solą pokrzywową i kolorowym pieprzem.
Tak przygotowany jogurt świetnie zastąpi tradycyjną zupę lub np. mizerię podawaną do ziemniaków czy mięsa. Smacznego!
czwartek, 24 listopada 2016
Zupa z boczniaków i soczewicy
Dzisiejszy wypad w pola, ugory i nieużytki zaowocował zbiorem uszaków i boczniaka. Pogoda mglista, niezbyt ciepło, niezbyt zimno, wilgotno... pogoda na boczniaki. Znalezienie ich było dla mnie jednak niespodzianką, bowiem na pniu, na którym rosły co roku pojawiają się zimówki. I to właśnie zimówki miałam ochotę podejrzeć, czy aby już rosną. Kto pierwszy ten lepszy, nie było co czekać. Zerwałam kępkę grzybów i zabrałam do domu. Porcja w sam raz do zupy.
Opłukane boczniaki pokroiłam w paseczki i wrzuciłam do rosołu. Po kilku minutach gotowania dodałam 1 ziemniak pokrojony w kostkę, trzy czubate łyżki soczewicy ( na pół litra rosołu), dużo świeżo mielonego pieprzu i majeranku. Wszystko gotowałam około pół godziny, aż składniki zmiękły. Na koniec dosypałam łyżkę szczypiorku czosnkowego.
Zupa wyszła pyszna, rozgrzewająca. Przy takiej pogodzie nie ma to jak ciepły posiłek! Będzie chęć, aby zająć się uszakami i innymi sprawami nie tylko domowymi :)
Smacznego :)
Opłukane boczniaki pokroiłam w paseczki i wrzuciłam do rosołu. Po kilku minutach gotowania dodałam 1 ziemniak pokrojony w kostkę, trzy czubate łyżki soczewicy ( na pół litra rosołu), dużo świeżo mielonego pieprzu i majeranku. Wszystko gotowałam około pół godziny, aż składniki zmiękły. Na koniec dosypałam łyżkę szczypiorku czosnkowego.
Smacznego :)
czwartek, 3 listopada 2016
Zrób swoją mąkę żołędziową :)
W latach biedy i wojny jedzono różne rzeczy, aby przeżyć. Starszym ludziom, pamiętającym jeszcze te czasy, moja propozycja może się wydać mało sympatyczna, bo czymże tu się zachwycać, biedą? Obecnie jednak szukamy coraz to innych rozwiązań żywieniowych, wzbogacających dietę. Cena mąki żołędziowej (nie zawiera glutenu, ale posiada masę innych zdrowych składników) nie należy do najniższych (jakże zatem w ogóle ma się ta maka do biedy?) a żołędzie leżą pod dębami. Wystarczy się po nie schylić.
Ponieważ poszukuję niestandardowych, zaprzeszłych rozwiązań w kuchni, postanowiłam przygotować własną mąkę żołędziową. W zeszłym roku dzikie zwierzęta mnie wyprzedziły, ale w tym udało mi się zebrać świeże, dojrzałe i piękne żołędzie, które dotknięte same wyskakiwały z czapeczek i mówiły: "zabierz nas do domu" ;) Tak też zrobiłam. Zabrałam.
Zanim znalazłam czas na spokojne zajęcie się nimi, minęło kilka dni. Żołędzie zbrązowiały, ale nadal były wystarczająco miękkie, aby móc je ostrym nożykiem przekrawać na pół. Szybciutko wyskakiwały ze skorupek i lądowały w słojach. Przez kilka dni moczyłam je w litrowych słojach w wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej (3/4 słoja obranych żołędzi, dopełniamy gorącą wodą i dodajemy czubatą łyżeczkę sody spożywczej). Co 12 godzin zmieniałam w słoikach wodę i tak przez 5 dni. Woda nabierała barwy czarno-brązowej - podobnie jak podczas odgoryczania orzechów włoskich na gruzińską konfiturę. Na koniec porządnie umyłam, wymoczyłam żołędzie w czystej wodzie i po wstępnym obsuszeniu zmieliłam w młynku żarnowym.
Wilgotną mąkę należy przesypać na blachy i szybko wysuszyć. Myślę, że najodpowiedniejsza jest temp. 65 stopni. Ponieważ mąka jest drobna, ale nie miałka, uznałam, że przed przygotowaniem jakiejś potrawy z jej dodatkiem, potrzebną porcję dodatkowo zmielę na pył w młynku do kawy, ale bezpośrednio przed użyciem. Sądzę, że dzięki temu zachowa więcej aromatu, bo aromat posiada, choć trudno go opisać. Należy on jednak do tych całkiem przyjemnych.
W wolnej chwili pochwalę się wypiekami z mąką żołędziową a może także jakimś bardziej treściwym daniem? Tymczasem życzę szczęście w zbieraniu żołędzi, bo znaleźć teraz taki leżący na ziemi bez dziurki i robaczka może być trudno.
Miłego dnia :)
Ponieważ poszukuję niestandardowych, zaprzeszłych rozwiązań w kuchni, postanowiłam przygotować własną mąkę żołędziową. W zeszłym roku dzikie zwierzęta mnie wyprzedziły, ale w tym udało mi się zebrać świeże, dojrzałe i piękne żołędzie, które dotknięte same wyskakiwały z czapeczek i mówiły: "zabierz nas do domu" ;) Tak też zrobiłam. Zabrałam.
Zanim znalazłam czas na spokojne zajęcie się nimi, minęło kilka dni. Żołędzie zbrązowiały, ale nadal były wystarczająco miękkie, aby móc je ostrym nożykiem przekrawać na pół. Szybciutko wyskakiwały ze skorupek i lądowały w słojach. Przez kilka dni moczyłam je w litrowych słojach w wodzie z dodatkiem sody oczyszczonej (3/4 słoja obranych żołędzi, dopełniamy gorącą wodą i dodajemy czubatą łyżeczkę sody spożywczej). Co 12 godzin zmieniałam w słoikach wodę i tak przez 5 dni. Woda nabierała barwy czarno-brązowej - podobnie jak podczas odgoryczania orzechów włoskich na gruzińską konfiturę. Na koniec porządnie umyłam, wymoczyłam żołędzie w czystej wodzie i po wstępnym obsuszeniu zmieliłam w młynku żarnowym.
Wilgotną mąkę należy przesypać na blachy i szybko wysuszyć. Myślę, że najodpowiedniejsza jest temp. 65 stopni. Ponieważ mąka jest drobna, ale nie miałka, uznałam, że przed przygotowaniem jakiejś potrawy z jej dodatkiem, potrzebną porcję dodatkowo zmielę na pył w młynku do kawy, ale bezpośrednio przed użyciem. Sądzę, że dzięki temu zachowa więcej aromatu, bo aromat posiada, choć trudno go opisać. Należy on jednak do tych całkiem przyjemnych.
W wolnej chwili pochwalę się wypiekami z mąką żołędziową a może także jakimś bardziej treściwym daniem? Tymczasem życzę szczęście w zbieraniu żołędzi, bo znaleźć teraz taki leżący na ziemi bez dziurki i robaczka może być trudno.
Miłego dnia :)
sobota, 29 października 2016
Syrop z trzmieliny
Niedawno udało mi się wypatrzyć trzmielinę. Niewielki krzew zauroczył mnie swoją urodą, ale i zainspirował do przygotowania jakiegoś eksperymentu. Poszperałam, popytałam i mam - syrop z trzmieliny, który wykonałam zgodnie z przepisem dra Różańskiego. Do syropu dodałam rum. Oczywiście dawkowanie syropu, ściśle według zaleceń, ja zamierzam wzbogacać nim zimowe herbaty.
Ponieważ nie udało mi się zebrać pół kilograma trzmieliny a zaledwie dwanaście dekagramów, proporcjonalnie zmniejszyłam ilość wagową pozostałych składników.
Na zdrowie :)
Ponieważ nie udało mi się zebrać pół kilograma trzmieliny a zaledwie dwanaście dekagramów, proporcjonalnie zmniejszyłam ilość wagową pozostałych składników.
Na zdrowie :)
wtorek, 25 października 2016
Szaro, buro, deszczowo i "zupa zmokłej kury"
Dziś pomimo deszczu postanowiłam przespacerować się i totalnie przemoknąć. Wsiowy Pies nie miał wyjścia. Wchodził za mną w wysokie trawy i chaszcze - należało bowiem sprawdzić, czy pokazały się nowe uszaki. Pierogi z nimi zrobiły na gościach dobre wrażenie, szybko zniknęły w brzuszkach, zatem należałoby pomyśleć o odnowieniu zapasów. Uszaków co prawda nie znalazłam, ale wróciliśmy z jabłkami, dzikiem bzem i owocami dzikiej róży.
Z powodu przemoczenia uznałam, że dobrze byłoby zjeść gorącą zupę po powrocie z wyprawy. Miałam ułatwione zadanie z jej przygotowaniem, bo zawsze w lodówce jest jakaś porcja aromatycznego rosołu. Po chwili zastanowienia ugotowałam na nim zupę, którą nazwałam "Zupą zmokłej kury".
Zupa zmokłej kury
1 litr rosołu
kawałek dyni
dwie nieduże marchewki
mały brokuł
trzy ziemniaki
łyżka prażonych nasion dyni
łyżka prażonych nasion wiesiołka
łyżka tartego ostrego sera
łyżeczka śmietany
sól i pieprz
W rosole ugotować dynię i marchewki (można użyć ugotowanej w rosole) - zmiksować na gładko. Dodać obrane i pokrojone ziemniaki i różyczki brokuła (łodygę odłożyć na inną okazję) i ugotować je w zupie. W razie konieczności dosolić. Gotowanie pokrojonych w kostkę ziemniaków i różyczek trwa kilkanaście minut. Nałożyć zupę do misek i ozdobić ją śmietaną, posypać serem, prażonymi nasionami i świeżo zmielonym kolorowym pieprzem.
Smacznego :)
Z powodu przemoczenia uznałam, że dobrze byłoby zjeść gorącą zupę po powrocie z wyprawy. Miałam ułatwione zadanie z jej przygotowaniem, bo zawsze w lodówce jest jakaś porcja aromatycznego rosołu. Po chwili zastanowienia ugotowałam na nim zupę, którą nazwałam "Zupą zmokłej kury".
Zupa zmokłej kury
1 litr rosołu
kawałek dyni
dwie nieduże marchewki
mały brokuł
trzy ziemniaki
łyżka prażonych nasion dyni
łyżka prażonych nasion wiesiołka
łyżka tartego ostrego sera
łyżeczka śmietany
sól i pieprz
W rosole ugotować dynię i marchewki (można użyć ugotowanej w rosole) - zmiksować na gładko. Dodać obrane i pokrojone ziemniaki i różyczki brokuła (łodygę odłożyć na inną okazję) i ugotować je w zupie. W razie konieczności dosolić. Gotowanie pokrojonych w kostkę ziemniaków i różyczek trwa kilkanaście minut. Nałożyć zupę do misek i ozdobić ją śmietaną, posypać serem, prażonymi nasionami i świeżo zmielonym kolorowym pieprzem.
Smacznego :)
sobota, 24 września 2016
Zupa dyniowa z kluskami pokrzywowymi
Jako że mamy sezon na dynię, nie mogło zabraknąć jej we Wsiowej Kuchni. Moją ulubioną dynią jest Hokkaido, ale tym razem dysponowałam dynią muscat i z niej postanowiłam przygotować sycącą zupę na obiad.
Zupa dyniowa z kluskami pokrzywowymi (4 porcje)
1 l rosołu
30 dag dyni muscat
pół łyżeczki curry
sól, pieprz, nać pietruszki włoskiej
trzy łyżki tartego ostrego sera
do klusek kładzionych:
jajko
cztery łyżki sparzonej, posiekanej i lekko podduszonej na maśle pokrzywy
mąka pszenna (dowolna) w ilości pozwalającej uzyskać luźne ciasto, ale nie lane
sól
Dynię obrać, pokroić na mniejsze kawałki, podlać w garnku wodą i rozgotować (można wspomóc sie tłuczkiem do mięsa, lub, kiedy dynia zmięknie - zblendować). Dodać rosół, curry i zagotować. W międzyczasie przygotować kluski pokrzywowe. Do gotującej się zupy wkrawać niewielkie kluski i gotować je - zależnie od wielkości - do 10 minut. Można je ugotować oddzielnie w osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oleju - i to wydaje się lepszym rozwiązaniem, ponieważ nadmiar przygotowanych klusek można później np. odsmażyć na kolację lub wykorzystać do innego dania (np. podać je z sosem). Na koniec należy doprawić zupę solą i pieprzem.
Zupę podajemy na talerzach z dodatkiem klusek, posypaną natką pietruszki i tartym serem.
piątek, 9 września 2016
Zupa jabłkowo-miętowa z grzankami
To moja kolejna propozycja taniej, szybkiej zupy owocowej. Jabłek jest sporo, można zebrać dzikie, można kupić - jedno jest pewne, teraz są najsmaczniejsze. Na zupę nadają się wszystkie jabłka, ale wybierajmy je przede wszystkim... dojrzałe ;) Moimi faworytami są odmiany słodko-kwaśne. Jeżeli ktoś chce przejrzystą zupę, niech wybierze owoce, które podczas gotowania nie rozpadną się, kto woli zupy zawiesiste - może wybrać odmiany kruche, które pod wpływem temperatury rozpadają się na mus.
To, że zupę jabłkową można przygotować bardzo szybko i bez większego wysiłku jest niewątpliwie jej zaletą. Tym bardziej dzisiaj, kiedy mam we Wsiowej Kuchni sporo pracy - pakowanie pomidorów w słoiki. Też na szybko. Twarde i bardzo dojrzałe oparzam, obieram ze skórki i upycham w litrowe słoje. Do każdego wsypuję porządną łyżeczkę niejodowanej soli i dopełniam przegotowaną wodą. Następnie kolejne partie słoików pasteryzuję pół godziny. Tak zakonserwowane pomidory będą podstawą wielu pysznych dań :)
No dobrze, ale co z ta zupą? Za chwilkę. Musze jeszcze skórki pomidorowe ulokować w suszarce do warzyw. Po wysuszeniu zostaną zmielone z solą - będzie doskonała przyprawa :) Zostawmy jednak te pomidory - o wykorzystaniu suszonych skórek pisałam już TUTAJ. Dziś gotuję zupę jabłkową i ma być pysznie. Oczywiście Wsiowy Pies nie jest zachwycony z takiego obrotu sprawy, ale cóż poradzi? Jabłuszka leżą grzecznie i czekają a mnie już burczy w brzuchu ;)
Smak zupy postanowiłam wzbogacić miętą izraelską "Kazbek". W porównaniu z innymi miętami ta ma zapach wyjątkowo mocny i jedyny w swoim rodzaju. trudno go opisać. Napar z niej smakuje wyśmienicie i chyba najlepiej spośród naparów z mięt dotąd mi znanych. Wyglądem przypomina raczej estragon.
Na zupę przeznaczyłam kilka małych, kwaśnych jabłuszek (około 25 - 30 dag) oraz dwie gałązki mięty. Owoce obrałam ze skórki, wykroiłam gniazda nasienne i rozgotowałam w około 600 ml wody. Następnie całość wraz z miętą zmiksowałam. Następnie dodałam cukier (3 łyżki) sól i pieprz do smaku. Po ponownym zagotowaniu wlałam rozbełtaną mąkę kukurydzianą (1 łyżka mąki na trzy-4 łyżki zimnej wody). Gotowałam jeszcze chwile i zestawiłam garnek z palnika. W gorącej zupie wymieszałam jeszcze czubatą łyżkę gęstej śmietany i tak o to zupa została ugotowana.
Podałam ją z grzankami. Bułkę pszenną pokroiłam na kromki. Z jednej strony posmarowałam je masłem roztartym z ząbkiem czosnku i z tej posmarowanej strony obsmażyłam na suchej patelni. Zupę nalałam do małych miseczek, posypałam ją pokrojonymi w plasterki, małymi, doniczkowymi truskawkami i posiekaną miętą. Grzanki podałam oddzielnie.
Smacznego!
To, że zupę jabłkową można przygotować bardzo szybko i bez większego wysiłku jest niewątpliwie jej zaletą. Tym bardziej dzisiaj, kiedy mam we Wsiowej Kuchni sporo pracy - pakowanie pomidorów w słoiki. Też na szybko. Twarde i bardzo dojrzałe oparzam, obieram ze skórki i upycham w litrowe słoje. Do każdego wsypuję porządną łyżeczkę niejodowanej soli i dopełniam przegotowaną wodą. Następnie kolejne partie słoików pasteryzuję pół godziny. Tak zakonserwowane pomidory będą podstawą wielu pysznych dań :)
No dobrze, ale co z ta zupą? Za chwilkę. Musze jeszcze skórki pomidorowe ulokować w suszarce do warzyw. Po wysuszeniu zostaną zmielone z solą - będzie doskonała przyprawa :) Zostawmy jednak te pomidory - o wykorzystaniu suszonych skórek pisałam już TUTAJ. Dziś gotuję zupę jabłkową i ma być pysznie. Oczywiście Wsiowy Pies nie jest zachwycony z takiego obrotu sprawy, ale cóż poradzi? Jabłuszka leżą grzecznie i czekają a mnie już burczy w brzuchu ;)
Smak zupy postanowiłam wzbogacić miętą izraelską "Kazbek". W porównaniu z innymi miętami ta ma zapach wyjątkowo mocny i jedyny w swoim rodzaju. trudno go opisać. Napar z niej smakuje wyśmienicie i chyba najlepiej spośród naparów z mięt dotąd mi znanych. Wyglądem przypomina raczej estragon.
Na zupę przeznaczyłam kilka małych, kwaśnych jabłuszek (około 25 - 30 dag) oraz dwie gałązki mięty. Owoce obrałam ze skórki, wykroiłam gniazda nasienne i rozgotowałam w około 600 ml wody. Następnie całość wraz z miętą zmiksowałam. Następnie dodałam cukier (3 łyżki) sól i pieprz do smaku. Po ponownym zagotowaniu wlałam rozbełtaną mąkę kukurydzianą (1 łyżka mąki na trzy-4 łyżki zimnej wody). Gotowałam jeszcze chwile i zestawiłam garnek z palnika. W gorącej zupie wymieszałam jeszcze czubatą łyżkę gęstej śmietany i tak o to zupa została ugotowana.
Podałam ją z grzankami. Bułkę pszenną pokroiłam na kromki. Z jednej strony posmarowałam je masłem roztartym z ząbkiem czosnku i z tej posmarowanej strony obsmażyłam na suchej patelni. Zupę nalałam do małych miseczek, posypałam ją pokrojonymi w plasterki, małymi, doniczkowymi truskawkami i posiekaną miętą. Grzanki podałam oddzielnie.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























