środa, 4 listopada 2020

Gąsówka fioletowawa w marynacie

 

Wysypało trochę gąsówką fioletowawą w okolicy, trzeba zatem korzystać z okazji. To grzyb, który łatwo jest rozpoznać z powodu nietypowej barwy, no i jest smaczny - można go dusić, smażyć i marynować. Część takich starszych okazów i te nieco połamane (niestety) obgotowałam, posiekałam i zamroziłam na zaś. Te zgrabne, młode i ładnie wybarwione postanowiłam przygotować w marynacie. Do suszenia nie bardzo się nadają, bo podobno są wtedy nieszczególne w smaku - nie wiem, nie próbowałam ich suszyć. Może innym razem, jeżeli jeszcze znajdę jakieś miejsce gąsówki.

Gąsówka niestety traci swą jakże atrakcyjną barwę podczas gotowania. Wciąż jednak ma inny kolor i wygląd niż grzyby zwane szlachetnymi, które zazwyczaj marynujemy jesienią. Sądzę, że tak czy inaczej uda się zaskoczyć gości podając na stół grzyby bladofioletowe, dekorując nimi półmiski i podając jako zakąskę. 




Gąsówka fioletowawa w marynacie

Kilkanaście kapeluszy młodej gąsówki
Zalewa:
180g - 200g (małe opakowanie) musztardy sarepskiej lub miodowej
1/2 szklanki domowego octu jabłkowego
1/2 szklanki wody
3 łyżki stołowe culru
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki gorczycy
5 ziarenek pieprzu

Grzyby obgotować i odsączyć z wody na sicie. Przełożyć je do małych słoików, takich na jedno użycie. Z podanych składników ugotować zalewę, w razie potrzeby dolać wody lub octu, przyprawić i gorącą zalać grzyby. Słoiki zakręcać i pasteryzować.




Grzyby w occie muszą odstać kilkanaście dni, żeby były gotowe do spożycia i przeszły marynatą. Na zimową kanapkę będą idealne i na pewno umilą niezbyt sprzyjające czasy. Pamiętajcie jednak, że jeżeli ktoś boi się, że gąsówki nie rozpozna a jej kolor bardziej go straszy niż zachęca i w ogóle ktoś ma jakąś obawę - niech gąsówki po prostu nie zbiera, zostawi ją w lesie i doceni urodę. Ta zasada dotyczy zresztą wszystkiego, co zbieramy, nie znamy a jest dziko rosnące.



wtorek, 15 września 2020

Coś pysznego, czyli szybkie dania z grzybów leśnych


Sezon grzybowy trwa już od jakiegoś czasu, co niewątpliwie napawa optymizmem. Ja zazwyczaj zbieram grzyby przy okazji dłuższych czy krótszych wypadów ze Wsiowym Psem i od jakieś czasu wracam z przyjemnym ciężarem na ramieniu. Najczęściej grzyby po prostu suszę i wykorzystuję później do bigosów, pierogów, barszczu, pasztecików i innych wytrawnych wypieków oraz do zup i sosów. Czasem jednak łakomstwo albo potrzeba eksperymentowania bierze górę.

Ostatnio zostałam skutecznie zachęcona do wypróbowania smaku purchawek przyprawionych sosem sojowym. No i zdarzyło mi się zebrać kilka sztuk, młodych, dorodnych, bielutkich w środku. Pokroiłam je na plasterki, obsmażyłam z cebulką, przyprawiłam solą, pieprzem, cząbrem i tymiankiem, podlałam sosem sojowym (dwie łyżki ciemnego sosu) i dusiłam kilka minut pod przykryciem. Następnie pokrywkę zdjęłam i odparowałam płyn jednocześnie dosmażając danie.




Purchawki podałam z pieczywem, obficie posypane siekanym szczypiorkiem czosnkowym. Było nieźle, nawet smacznie, choć purchawki to jednak nie jest mój ulubiony grzyb.


Dziś jednakże z apetytem zjadłam fantastyczną zupę z grzybów leśnych mieszanych. Po dwie - trzy sztuki, prawdziwków, koźlaków, maślaków, podgrzybków brunatnych oczyścić, opłukać i pokroić na plasterki. Włoszczyznę obrać, zetrzeć na tarce obsmażyć w rondelku na maśle. Zalać wodą, posolić i dodać grzyby i ugotować do miękkości dodając pod koniec świeżo mielony pieprz. Wlać ok. pół szklanki mleka. Zagotować, zestawić garnek i wsypać sporo posiekanej naci pietruszki. Podajemy z cienko krojonym makaronem.





Grzyby można również ugotować na rosole, który został z obiadu. I ja tak najczęściej zresztą gotuję zupy, mając już wywar .przygotowany wcześniej. To znacznie przyspiesza przygotowanie posiłku.

No cóż, życzę koszyków pełnych grzybów i smacznego :)